JAKUB JAKUBOWSKI

 

MACHINA MUNDI

 

 

POWIEŚĆ W ODCINKACH

KRYMINAŁ BIBLIOFILSKO-HISTORYCZNY

 

 

 

 

 

 

 

 

 

NAKŁADEM WŁASNYM AUTORA

2024

 

 

 

 

PROLOG

Eichstatt (Niemcy), lato 1677

Chłopak stoi pochylony nad klombem piwonii. W jednej ręce trzyma nadpaloną drzazgę, w drugiej płachtę zaplamionego papieru, używanego w kuchni do zawijania serów. Przestępując nerwowo z nogi na nogę, jak ptak brodzący w poszukiwaniu pokarmu, bosymi stopami wydeptał w rozpulchnionej ziemi spore klepisko. Jego lewa ręka, jakby przykurczona i krótsza, prowadzi prymitywny rysik z zadziwiającą lekkością, nie pozwalając, by zwęglone ostrze choć na chwilę straciło kontakt ze złożoną na cztery kartą.

            Le Mort, wygodnie rozparty w fotelu stojącym na tarasie pod gabinetem biskupa, od dłuższej chwili przygląda się chłopcu. Widok dziecka, które zamiast uganiać się po polach za stadami kuropatw, spędza trzy kwadranse, kreśląc coś z niezwykłą cierpliwością, napawa go zdumieniem. Zastanawia się, co może tak długo przykuwać uwagę chłopca.

            Malec kontynuuje pracę, a jego przygarbione plecy unoszą się i opadają, zgodnie z rytmem wyznaczanym kolejnymi pociągnięciami węglem. Nie odwraca się, nie rozgląda na strony. Le Mort nie widzi jego twarzy, ale założyłby się o każdą książkę, że gości na niej wyraz bezgranicznego skupienia. Może nawet przygryza dolną wargę albo lekko wychyla język. I mruży oczy. Musi je mrużyć, bo stoi twarzą do słońca, które w ciągu ostatniej godziny wspięło się do zenitu, pozbawiając zupełnie cienia blat słonecznego zegara, umieszczonego w samym sercu ogrodu. Ma nieprzepartą ochotę poznać go bliżej. Zadać jakieś proste pytanie i wsłuchując się w melodię swobodnie wypowiadanych słów odgadnąć, skąd pochodzi. Nie wydaje mu się, aby był stąd. W niczym nie przypomina okolicznych wiejskich dzieci, które całymi dniami uganiają się na podzamczu za stadami zdziczałych psów. Pewnie trafił do zamku wskutek jakiejś nieprawdopodobnej historii, choć nie pamięta, aby biskup kiedykolwiek o nim wspominał. Wstaje z fotela i wolnym krokiem, ostrożnie stawiając stopy w zbyt ciężkich jak na tak upalne lato butach, posuwa się w jego stronę. Stara się nie robić hałasu, niby wytrawny myśliwy, podchodzący wyjątkowo płochliwą zwierzynę. Kiedy jest w połowie odległości dzielącej go od malca, ten zrywa się nagle do biegu, wymachując trzepotliwie rękoma i wydając z siebie przeraźliwy krzyk o tak przejmującym brzmieniu, że le Mortowi cierpnie skóra.

Nie zamierza ruszać za nim w pościg. Pochyla się i podnosi z ziemi pokrytą kurzem kartkę, tą samą, którą dzieciak upuścił podczas ucieczki. Kiedy spogląda na wykonany naprędce rysunek, ze zdumienia traci na moment oddech. Delikatne pędy rośliny są odrysowane tak subtelnie, że nie powstydziłby się tego sam Nicola Robert, nadworny ilustrator Ludwika XIV. Płatki doskonale odwzorowanej piwonii zwijają się w nabrzmiałe, gęsto tkane pąki. Łodygi gną się pod ich ciężarem, niemal słychać, jak trzeszczą napięte włókna. Z pozornie bezładnych kresek, miejscami ostrych niby kolce opuncji, gdzie indziej miękkich, cierpliwie zatartych dziecinnym palcem, wyłania się wizerunek niezwykle prawdziwy. Le Mort jak nikt inny potrafi ocenić to ze znawstwem. Nie raz psuł sobie oczy, godzinami ślęcząc przy kiepskim świetle nad foliałami wypełnionymi rysunkami przeróżnej flory. Na przestrzeni lat na tyle dobrze poznał styl wszystkich ilustratorów i sposób pracy niemal każdego z ważniejszych rytowników, że po kroju pojedynczego liścia potrafi bezbłędnie stwierdzić, kto sztychował całą roślinę. W ciągu długiego życia, którego znaczna część upłynęła w dusznych bibliotekach możnych tego świata, miał w ręku niemal wszystkie znaczące dzieła botaniczne, wydane w ciągu ostatnich dwustu lat, począwszy od solidnych, lecz pozbawionych polotu ksiąg Fuchsa i Lorincera, a skończywszy na arcydziełach Beslera i Valleta.

Teraz, wpatrując się w przetłuszczoną kartę, mistrzowsko pokrytą drobinkami zwęglonego drewna, jednego jest pewien. Musi odszukać chłopca. Od dawna wie, że biskup to człowiek ograniczony i jeśli zostawi na jego pastwę takie Wunderkind, nie daruje sobie już nigdy.

Kamienne schody pokonuje bez najmniejszego wysiłku i zadyszki, co nie zdarzało mu się od dawna. Ma już swoje lata i nieustannie boryka się z bólami w krzyżu, uprzykrzającymi nawet zwykły spacer, nie mówiąc o bieganiu po schodach. Tym razem jest jednak inaczej. Płomień, który rozgorzał le Mortowi pod szerokim rondem podróżnego kapelusza, opanował już cały umysł i strawił niemiłe doznania, pozostawiając miejsce tylko dla jednej uporczywej myśli. Odnaleźć chłopca, trzeba odnaleźć chłopca.

Zbyt silnie napiera lewym barkiem na drzwi jadalni, które ustępują pod słusznym ciężarem jego ciała. Na moment traci równowagę i niezgrabnie wpada za próg. Biskup, bez reszty pogrążony w ulubionym rytuale pieczołowitego oddzielania delikatnego mięsa perliczki od kruchej kości, nie zauważa nieproszonego gościa. Szeroko rozparty w dębowym fotelu ustawionym po drugiej stronie długiego jak aleja stołu nie wybiega wzrokiem poza brzeg najbliższego talerza. Le Mort zastyga w pół kroku, obciąga bluzę, wygładza kędzierzawą brodę i po chwili namysłu decyduje zaanonsować swoje przybycie cichym kaszlnięciem.

– Aaa... – odpowiada biskup równie elokwentnie, wykonując przy tym zapraszający gest ręką, w której dzierży wyssaną do cna kość.

– Chciałem zapytać ekscelencję o opiekunów chłopca, który od paru dni włóczy się po ogrodzie.

– Ach tak, o tego ... – biskup jest wyraźnie rozczarowany, jakby po swoim uczonym gościu nie spodziewał się zainteresowań tak niskiej rangi. – To sierota. Jego rodzice pracowali w moim ogrodzie. W czasie zeszłorocznych odwilży z południowego zbocza zeszła lawina błotna, grzebiąc oboje na wieki, świeć Panie nad ich umęczoną duszą. Chłopiec to malec wybitnie głupi. Jest niemy, głuchy i kaleki. Trzymam go z litości, choć nie mam z niego żadnego pożytku, robię to jedynie przez wzgląd na jego rodziców, którzy wiernie mi służyli.

– Jak słusznie zauważyłeś ekscelencjo, malec nie posługuje się żadną ludzką mową. Pod wpływem lektury Montaigne’a, od dłuższego już czasu zamierzałem przeprowadzić badania nad przyczynami niemoty. W związku z tym chcę zapytać, czy mogę zabrał ze sobą chłopca w dalszą podróż. Przyrzekam regularnie informować o postępach moich obserwacji – wyrzuciwszy to z siebie, le Mort zamiera w pół słowa, zdając sobie sprawę, że dalszy bieg wydarzeń zależy od kapryśnej decyzji biskupa. Ten, najpierw nieco nieśmiało, potem z coraz większą ochotą, ulega wzbierającemu w nim rozbawieniu, kończąc niepohamowanym wybuchem gromkiego śmiechu. Jego obfite kształty popadają w rytmiczne drżenie, od czubka brody po wzgórek brzucha, wystający zza krawędzi stołu.

– Jeśli tylko o to chodzi, masz moje błogosławieństwo. Doprawdy nie wiem, skąd ci przyszło zajmować się takim biedaczkiem, ale skoro taka twoja wola, zabieraj go, choćby na kraniec świata – odpowiada, wykonując niedbały gest ręką.

Le Mort nie potrzebuje dalszej zachęty. Gotów był zabrać malca nawet po wysłuchaniu odmowy. Oczami wyobraźni widział już nawet pościg z ogarami i błysk żelaza, gdy dopadają ich nad jakąś rzeką, wyczerpanych kilkudniową ucieczką. Ten biskup to głupiec, myśli przy tym, oblekając oblicze w uniżony uśmiech. Nazwać głuchym chłopca, który płoszy się, słysząc za plecami cichy chrzęst żwiru, może jedynie głupiec. Przyspiesza kroku na ścieżce prowadzącej do ogrodu. Wszystko wskazuje na to, że jego pragnienie, by stanąć w jednym szeregu z najlepszymi autorami ilustrowanych traktatów botanicznych, w końcu ma szansę się spełnić. Wkrótce ozdobi swoje prace doskonałymi sztychami, wykonanymi według rysunków nikomu nieznanego chłopca. Chłopca, którego talent ma ochotę zachować w ukryciu jedynie na własne potrzeby. Chłopca, którego imienia świat nie zna i nie musi się o nim dowiedzieć.

Szybko otrząsa się z rozmarzenia, dusząc w zarodku pokusę, która z wolna wychynęła z zakamarków jego rozpłomienionego umysłu. Teraz, kiedy poznał Oliviera, marzy tylko o tym, aby po latach tułaczki i wyczerpujących wędrówek dotrzeć do rodzimego Gdańska i zakosztować życia osiadłego, oddając się bez reszty absolutnie niepraktycznym (a dla wielu niemożliwie nudnym) badaniom z zakresu historii naturalnej.

 

Stało się jednak zupełnie inaczej…